Co z tą ochotą na słodkie?

(czyli krótka historia o tym, jak przestałam walczyć z czekoladą i zaczęłam z nią współpracować)

Jeśli kiedykolwiek czytałaś cokolwiek o keto, to na pewno trafiłaś na TO zdanie. To jedno, magiczne, wszechwiedzące zdanie (w moich materiałach też!): Ochota na słodkie znika, gdy proporcje białka i tłuszczu są optymalne. No i super. Tylko… co to znaczy optymalne? optymalne dla kogo? Dla mnie? Dla Ciebie? Dla tej kobiety z internetu, która twierdzi, że od trzech lat żyje na maśle klarowanym i nie pamięta już, jak smakuje cukier?

Ja też to czytałam. Wszędzie. I też to teraz powtarzam, bo już ma ono dla mnie sens. A zaczęło, kiedy w końcu weszłam w stabilną ketozę i naprawdę coś się zmieniło. Zniknęły wieczory pt. zjem tylko jedno ciasteczko, które kończyły się dialogiem z pustą szafką. Nie byłam już niewolnicą codziennych zachcianek. Nie musiałam co wieczór zamykać dnia torbą słodyczy. Ale czy to znaczy, że keto zabrało mi ochotę na słodkie raz na zawsze? NIE!

I jeśli ktoś Ci to obiecuje, to… cóż:  albo kłamie, albo nie lubi słodkiego. A ja lubię.

Lubię słodkie. I nie mam zamiaru się z tego spowiadać. Lubiłam słodki smak od zawsze. Lubię go teraz. I nie łudzę się, że kiedykolwiek wstanę rano i powiem: Nie, dziękuję, od dziś tylko smak smutku i brokuła. Nie zmieni tego keto. Nie zmienią tego słodziki. Nie zmieni tego żadna biochemia, nawet ta najbardziej elegancka. Ale… zmieniło się coś dużo ważniejszego. Bo ochota na słodkie ma dwa oblicza. Jak ja przed kawą.

Pierwsze siedzi w ciele: Hormony, glukoza, insulina, huśtawki energetyczne…  tu keto robi porządek jak dobra gosposia przed świętami. Drugie siedzi w głowie: I to jest ta część, która potrafi wyszeptać o 22:34: Zasłużyłaś. Tylko trochę. Przecież to był ciężki dzień. Z tą częścią… nie wygrasz kalkulatorem makr.

Mój moment przełomowy?

Kiedy przestałam liczyć. Dosłownie. Największa zmiana nie przyszła wtedy, gdy miałam wszystko pod kontrolą. Przyszła wtedy, gdy… odpuściłam. Przestałam liczyć każdy gram. Przestałam analizować każdą decyzję jakby od niej zależał los świata. Przestałam być policjantem we własnej kuchni. I wiesz co? Dopiero wtedy poczułam, że naprawdę panuję nad swoim życiem. Zniknęło napięcie. Zniknęła presja. A razem z nimi to wewnętrzne zmęczenie, które wcześniej domagało się słodkiego „na ukojenie”.

Nie wyrzuciłam słodkiego z życia. Zmieniłam zasady gry. Nie zrobiłam rewolucji pt. od dziś nigdy więcej. Bo „nigdy” to słowo, które bardzo szybko zamienia się w… „a może jednak”. Zostawiłam słodki smak w codzienności, ale przestałam robić z niego centrum wszechświata. Jest mleko do kawy, owoce, erytrol, czasem keto- albo białkowy słodycz, a czasem (uwaga, trzymaj się) zwykły, cukrowy deser. Tak. Ten prawdziwy. I świat się nie kończy. Ketoza nie ucieka z krzykiem.

Ale adaptacja to inna bajka. Dlatego na początku mówię jasno: na czas adaptacji pożegnaj się ze słodzikami i keto słodyczami. Nie dlatego, że jesteś za słaba ani dlatego, że trzeba się umartwiać. Tylko dlatego, że to reset dla głowy. Trochę jak odwyk. Będzie trudno. Ale skoro i tak przechodzisz adaptację, to serio… lepiej przejść ją raz a porządnie. Bo potem dzieje się coś zabawnego: smak wraca. Jakby ktoś podkręcił kontrast.

Nagle kawa ze śmietanką smakuje jak deser, truskawki z bitą śmietaną (bez cukru!) są nieprzyzwoicie słodkie, a mascarpone z pastą kokosową robi za luksusową pralinkę. Jesz mniej, ale czujesz więcej.

A jeśli przyjdzie TEN dzień?

Ten dzień, kiedy zjadłaś dobry obiad. Wypiłaś ulubioną herbatę. Zrobiłaś wszystko jak trzeba, a w głowie nadal brzmi: MUSZĘ zjeść coś słodkiego natychmiast bo oszaleję! Zdarza się. Mnie też. I wtedy… po prostu sięgam się po słodkie. Ale już nie cała tabliczka, tylko 3–4 kostki. Nie cały słoik, tylko 2 łyżki. Nie po kryjomu, na szybko i wstydliwie, tylko powoli.

Zamykam oczy.

Smakuję.

Delektuję się chwilą.

I… wystarczy.

Bo ta nagła i ogromna ochota na słodkie to nie ciało krzyczało tylko głowa.

A jej czasem też się należy odrobina przyjemności.