Kiedy keto zaczęło mnie wkurzać
(i prawie rzuciłam to wszystko w diabły)
Są takie momenty na keto, o których nikt nie pisze w euforycznych postach na Instagramie. Nie ma tam zdjęć kawy z MCT na tle laptopa. Nie ma hasła: ENERGIA LEVEL HARD! Jest za to dzień, w którym myślisz: Dobra. A może ja po prostu nie umiem w keto?
U mnie to nie był jeden dzień. To był ciąg drobnych irytacji, które same w sobie były niewinne, ale razem stworzyły klimat wewnętrznego rzucania talerzami.
Niby wszystko się zgadzało. Makra były piękne zaplanowane, wyliczone co do grama. Posiłki choć proste, to wzorowe, zgodne z planem. Ketony we krwi obecne. A ja… byłam poirytowana. Nie głodna. Nie chora. Po prostu… zmęczona tym, że ciągle trzeba. Ciągle myśleć. Ciągle planować. Ciągle sprawdzać, czy to jeszcze keto, czy już zdrada stanu. I pamiętam dokładnie moment, kiedy stoję w kuchni, patrzę na lodówkę i myślę: Czy ja naprawdę zamieniłam normalne jedzenie na… te wieczne rozkminy?
Problem nie był w keto. Problem był we mnie (a raczej… w mojej głowie). Bo prawda była taka, że to ja zrobiłam z keto projekt specjalny. Z deadline’ami. Z oceną wyników. Z poczuciem, że jak coś zrobię nie tak, to… no właśnie, co?
Nie przytyję od razu. Nie umrę. Nie wypadnę z keto-klubu z hukiem. A jednak napięcie było cały czas. I to nie było przyjemne.
Mój kolejny i jeden z wielu w całej mojej keto drodze punkt zwrotny jak zwykle był bardzo mało spektakularny. Nie było objawienia ani wielkich decyzji. Był zwykły obiad w stylu keto, który zjadłam bez sprawdzania czegokolwiek, bez ważenia, bez liczenia, bez oceniania. I dopiero po nim dotarło do mnie O rany… ja zjadłam. Tak po prostu. I jest mi dobrze.
Nie idealnie. Nie keto-perfekcyjnie. Po prostu dobrze. I wtedy coś puściło.
Przestałam się tak strasznie starać.
To jest moment, który brzmi jak herezja, ale keto zaczęło działać u mnie lepiej, kiedy przestałam je tak kontrolować. Nie zmieniłam zasad. Nie zaczęłam jeść byle czego. Zmieniłam po prostu relacje. Z przymusu na współpracę. Z kontroli na zaufanie. Z muszę na chcę, bo mi służy.
I nagle jedzenie przestało być tematem numer jeden, głowa się uspokoiła, ciało… zrobiło swoje. Bez dramatu. I wtedy keto przestało mnie wkurzać. Serio. To był ten moment, kiedy przestałam myśleć Ile jeszcze muszę tak żyć? A zaczęłam Okej, to jest do ogarnięcia na zawsze. Bez ideologii. Bez fanatyzmu. Bez bycia najlepszą uczennicą keto w klasie.
I jeśli jesteś teraz w tym miejscu…
Jeśli keto Cię drażni, męczy, zaczyna wkurzać bardziej niż pomaga, to nie znaczy, że się nie nadajesz. To znaczy, że może za bardzo się spinasz. Czasem nie trzeba nic zmieniać w jedzeniu. Trzeba zmienić sposób, w jaki do siebie mówisz. Mniej: powinnam a więcej jak mi z tym naprawdę jest?. Bo keto nie ma być kolejnym projektem do zaliczenia. Ma być wsparciem. A wsparcie… nie napina.
I tego Ci życzę! 🤍
