Dzień, w którym prawie zostałam idealną kobietą

(Spokojną. Poukładaną. Zorganizowaną. Taką, która wszystko robi dobrze)

To był jeden z tych dni, które zaczynają się podejrzanie dobrze. Wstałam rano i nie byłam zmęczona. Już samo to powinno było mnie zaniepokoić.. W kuchni było cicho. Kot nie domagał się jedzenia dramatycznym miauczeniem. Niczego nie przewróciłam, nie rozlałam kawy, nie szukałam telefonu w lodówce – co, przyznaję, zdarza mi się częściej, niż powinnam publicznie mówić. Zrobiłam kawę, usiadłam przy stole i nagle pomyślałam: A może dziś będę tą kobietą.

Wiesz którą. Tą z tych wszystkich pięknych porannych rutyn. Tą, która wstaje o szóstej rano, robi krótką sesję jogi, pije wodę z cytryną, zapisuje w notesie trzy rzeczy, za które jest wdzięczna, a potem jeszcze znajduje chwilę, żeby przeczytać kilka stron inspirującej książki o rozwoju osobistym.

Pomyślałam: Dlaczego nie ja? Wzięłam notes i napisałam na górze strony: „Nowy początek.” Już samo to brzmiało bardzo poważnie. Plan był prosty. Dziś będę spokojna, zorganizowana, zdyscyplinowana i jeśli wszystko pójdzie dobrze, nawet trochę inspirująca.

Pierwsze 30 minut szło świetnie. Naprawdę.

Zaparzyłam herbatę na później. Otworzyłam notes. Zapisałam trzy rzeczy, za które jestem wdzięczna. (Trzecia była: „że kawa jeszcze ciepła”, ale to też się liczy.) I potem zrobiłam coś, czego zwykle nie robię. Posprzątałam blat w kuchni od razu po śniadaniu. Nie później. Nie za chwilę. Od razu.

Wtedy właśnie ogarnęło mnie to dziwne uczucie. Ten moment, w którym pomyślałam: Chyba ogarniam życie.

Nie trwał długo. Bo… zadzwonił telefon. Nie odebrałam. Uznałam, że idealne kobiety nie odbierają telefonów w trakcie porannej rutyny. One są w procesie. Więc kontynuowałam.

Skoro już tak dobrze mi szło, postanowiłam zrobić jeszcze jedną rzecz z listy idealnego życia: trochę ruchu. Nic wielkiego. Żaden intensywny trening. Po prostu kilka spokojnych ćwiczeń. Rozłożyłam matę na podłodze i stanęłam na niej z powagą osoby, która za chwilę będzie bardzo świadoma swojego ciała i oddechu. I wtedy… mój kot wszedł na matę. Usiadł dokładnie na środku i spojrzał na mnie wzrokiem, który mówił: „Naprawdę myślisz, że to potrwa?”

Spróbowałam zrobić pierwszy ruch – kot się położył dokładnie tam, gdzie miała iść moja ręka.

Przesunęłam się – kot też.

Zrobiłam krok w tył – kot zrobił krok w przód.

Po trzech minutach siedziałam na macie z kotem na kolanach i resztką kawy w ręku. A mój notes z wielkim napisem „Nowy początek” leżał obok. I uśmiechnęłam się pod nosem. Bo prawda jest taka, że my, kobiety, cały czas mamy w głowie ten obraz, tę wersję siebie:

Spokojną.
Poukładaną.
Zorganizowaną.

Taką, która wszystko robi dobrze.

Ale życie rzadko wygląda jak poranna rutyna z Instagrama. Częściej wygląda tak:

– kawa stygnie
– telefon dzwoni
– ktoś czegoś szuka
– kot siada dokładnie tam, gdzie nie powinien

I wiesz co? Może właśnie w tym jest całe piękno. Bo kiedy przestajesz gonić tę idealną wersję siebie, nagle odkrywasz, że ta prawdziwa wersja… ta trochę zmęczona, trochę rozczochrana, czasem chaotyczna… jest właściwie całkiem dobra. A czasem nawet lepsza. Bo ona umie się śmiać.

Z siebie.
Z planów.
Z tego wielkiego napisu „Nowy początek” w notesie.

I myśli sobie: Dobra, może nie jestem idealną kobietą. Ale przynajmniej mam kawę …

A tak zupełnie między nami…. czy Ty też masz w domu ten jeden notes, który miał zmienić Twoje życie?