Nowy nawyk w 21 dni to bzdura
(a ktoś, kto to wymyślił ma nierówno pod sufitem…)
Podobno wystarczy robić coś przez 21 dni, żeby weszło w nawyk. Dwadzieścia jeden. Trzy tygodnie i sprawa załatwiona. Gdyby to działało, po 21 dniach odkładania kluczy w jedno miejsce przestałabym szukać ich po całym domu. Tymczasem któregoś ranka znalazłam je w lodówce. Nie pytajcie… Ja też nie wiem.
W dniu 22. miało już być łatwo. Ręka sama miała nieść klucze do miseczki przy drzwiach. Zamiast tego stałam w przedpokoju, spóźniona, i sprawdzałam kieszenie płaszcza, którego nie miałam na sobie od marca. Właściwie imponujące, ile nadziei potrafię pokładać w jednym płaszczu.
Skąd się w ogóle wzięło te 21 dni?
Nie wiem, kto pierwszy obiecał nam, że po trzech tygodniach mózg powie: „Dobra, już umiem, idź odpocząć”. Ale rozumiem, dlaczego to się przyjęło. 21 dni wygląda świetnie w kalendarzu. Można zakreślić datę, odliczać, a potem czekać, aż nawyk zacznie się wykonywać sam. Najlepiej kiedy śpimy. Tyle że nawyki nie znają się na kalendarzach.
W jednym z badań, które znalazłam, ludzie próbowali przyzwyczaić się do różnych codziennych czynności. Jednym zajęło to 18 dni, innym aż 254. Czyli mniej więcej tyle, ile potrzeba, żeby po raz kolejny zapomnieć hasła do konta, które miało się już zapamiętać na zawsze.
I zanim ktoś zapisze sobie „254 dni” jako nowy termin: nie, to też nie jest magiczna liczba. Badano tworzenie nowych nawyków, a nie to, po ilu dniach stare odruchy uprzejmie wyniosą się z domu. Szkoda. Chętnie wręczyłabym kilku wypowiedzenie.
Mój mózg niestety wybiera własny program szkolenia. Niektórych rzeczy uczy się podejrzanie szybko. Wystarczy raz otworzyć telefon, żeby sprawdzić godzinę, a po chwili człowiek zna już historię remontu kuchni obcej osoby, ale nadal nie wie, która jest godzina. Inne wymagają ciągłych przypomnień. Szczególnie te, które nie dają natychmiastowej nagrody. Odkładanie kluczy do miseczki nie jest ekscytujące. Klucze nie dziękują. Miseczka też nie. Najwyżej rano nie trzeba zaglądać do lodówki.
Ze starymi odruchami bywa jeszcze trudniej. Jeśli po ciężkim dniu automatycznie otwieram szafkę ze słodyczami, to nie dlatego, że nie dostałam informacji, gdzie są kubki z herbatą. Po prostu przez długi czas była to moja szybka odpowiedź na zmęczenie. Trzy tygodnie nie wymazują całej tej historii. I co, teraz mam liczyć do 254?
Nie. Wolałabym liczyć rzeczy trochę mniej widowiskowe. Na przykład ile razy zauważyłam, co robię, zanim zadziałałam z rozpędu. Ile razy ułatwiłam sobie powtórzenie czegoś jutro. Ile razy po przerwie wróciłam.
Dzień 22. może wyglądać zupełnie zwyczajnie. Nadal trzeba sobie przypomnieć. Nadal można zapomnieć. To nie dowód, że poprzednie 21 dni poszło na marne. A klucze? Jeśli znowu znajdę je w lodówce, potraktuję to jako sygnał, że miseczka stoi w złym miejscu. Ewentualnie że klucze lubią chłód. Nie będę z tym dyskutować.
