O tym, jak bolała mnie głowa…

(a ja przez kilka dni udawałam, że to na pewno nie to)

To zaczęło się niewinnie. Trochę bolała mnie głowa. Nic dramatycznego. Taki zwykły, codzienny ból. Ten typ, który mówi: „Hej, coś jest nie tak!”, a Ty odpowiadasz: „spokojnie, nie teraz, mam rzeczy do zrobienia”.

Zignorowałam.

Pierwszy dzień minął pod hasłem: to pewnie zmęczenie. Mało spałam, dużo się działo, dziecko, życie, do tego jeszcze miesiączka — wiadomo. Drugiego dnia ból był już bardziej konkretny. Taki, który nie tyle boli, co siedzi w głowie jak nieproszony lokator i mówi: „nigdzie się nie wybieram”.

Pomyślałam: ok, może to miesiączkowa migrena. Trochę mniej światła, trochę więcej spokoju i odpoczynku, i będzie dobrze. Największa fala okresu mija, powinno zacząć powoli przechodzić.

Trzeciego dnia było już mniej zabawnie. Ból rozlał się po całej głowie. Czoło, tył, czubek, czyli pełen pakiet. Do tego momentami mdłości, takie lekkie odpływanie i uczucie, że mój mózg działa na trybie oszczędzania energii.

W tym momencie zaczyna się ten etap, który znamy wszystkie: diagnoza z sufitu.

Może to zatoki? W końcu mam na koncie różne mało ciekawe historie z zatokami. Może bóle napięciowe? Problemy z żyłami szyjnymi? Może odwodnienie? Zatrucie? Może… właśnie się rozsypałam psychicznie tylko jeszcze tego nie wiem? Przez chwilę nawet rozważałam, czy to nie jakaś grubsza sprawa, bo, wiadomo, doktor Google zawsze ma dla nas gotowy scenariusz katastroficzny.

Próbowałam rożnych rzeczy. Tabletki, rozciąganie, masażery, ciepłe okłady, zimne okłady, więcej wody —  wszystko jak wzorowa dorosła. A potem zrobiłam coś, co powinnam była zrobić na samym początku.

Zatrzymałam się i pomyślałam: ok, ale co ja właściwie robię ze swoim ciałem od ostatnich kilki miesięcy?

I wtedy mnie uderzyło…

Keto!

Kilka dobrych miesięcy na keto. 

Ze mną jest tak, że naprawdę zdyscyplinowana , zorganizowana i poważna jestem tylko na początku. A potem chcę po prostu żyć. Nie myśleć ciagle o wszystkim, nie ważyć, nie mierzyć i nie planować. A keto jest to dla mnie wyjątkowo łatwe i intuicyjne. Bez trudu na codzień utrzymuje ketozę. Bez pilnowania jedzenia, bez wyrzeczeń i bez stresu. I dorzucam do tego jakieś tam suplementy, ale już nie tak celowane i przemyślane jak w adaptacji. Taka suplementacja „w miarę”. I klasyczne: wiem, że powinnam bardziej tego pilnować… ale jakoś tak wychodzi.

Bo prawda jest taka, że na keto czujesz się dobrze… dopóki nie przestajesz pilnować detali. A magnez to właśnie ten detal, który bardzo lubi znikać po cichu. 

Na keto zawsze tracimy więcej elektrolitów. Niższa insulina to sygnał dla nerek, że nie trzeba już magazynować tyle wody i sodu, można wydalać. A razem z nimi ucieka magnez i potas. I dzieje się to szybciej niż nam się wydaje.

Niby suplementowałam. Niby jadłam produkty, które go zawierają. Ale jak tak uczciwie spojrzałam na ostatnie tygodnie, to wyszło coś w stylu: „tak, robię to… ale raczej na oko i trochę na wyczucie.” Takie teoretycznie powinno wystarczyć.

No i nie wystarczyło.

Zaczęłam uzupełniać magnez porządnie. Nie „trochę”, nie „jak mi się przypomni”, tylko konkretnie. Regularnie, o odpowiednich porach i we właściwej formie. I zgadnij co?

Nie, nie zniknęło w pięć minut jak w reklamie. Ale następnego dnia było już trochę lepiej. Potem jeszcze trochę. I po kilku dniach zorientowałam się, że… cisza.

Głowa przestała boleć.

I wtedy przyszła ta refleksja, która zawsze przychodzi trochę za późno: jak to możliwe, że tak długo ignorowałam coś tak prostego? Bo to nie był spektakularny problem. Żadna tajemnicza choroba. Żadna dramatyczna historia. Tylko… za mało magnezu. I to jest chyba najbardziej ironiczne.

My naprawdę potrafimy analizować wszystko: hormony, stres, dietę, cykle, fazy księżyca. A potem okazuje się, że nasze ciało mówiło bardzo prostym językiem: „daj mi magnez!”.

I tyle.

Bo keto jest super, daje energię, stabilizuje głowę (tę psychiczną), wycisza apetyt. Ale jednocześnie jest trochę jak wymagający partner. Działa świetnie… pod warunkiem, że dbasz o szczegóły. A elektrolity to nie jest dodatek. To jest fundament. Więc jeśli jesteś na keto i nagle:

– boli Cię głowa bez wyraźnego powodu

– czujesz napięcie w ciele

– jesteś zmęczona mimo snu

to zanim zaczniesz analizować sens życia… sprawdź magnez.

Serio.

Bo może się okazać, że rozwiązanie Twojego problemu nie jest ani głębokie, ani skomplikowane. Tylko bardzo, bardzo podstawowe.

A ja? Ja oczywiście teraz pilnuję. Regularnie. Świadomie.

…dopóki znowu nie zapomnę i historia zatoczy koło. Bo umówmy się, jesteśmy tylko ludźmi. I czasem potrzebujemy kilku dni bólu głowy, żeby przypomnieć sobie coś, co wiedziałyśmy od początku.