To był ciężki tydzień

(i nie wracam z niego ze zdwojoną siłą)

To był ciężki tydzień.

Nie wydarzyła się jedna wielka rzecz, którą mogłabym wskazać palcem i powiedzieć: „O, właśnie dlatego”. Raczej wiele mniejszych rzeczy nałożyło się na siebie. Każda z osobna pewnie byłaby do udźwignięcia. Razem sprawiły, że któregoś dnia poczułam, że nie mam już z czego dawać. Robiłam to, co naprawdę musiałam. Wstawałam. Zajmowałam się codziennością, dzieckiem, pracą. Pamiętałam o rzeczach, o których nie można zapomnieć, chociaż kilka razy byłam bardzo blisko udowodnienia, że jednak można. A wszystko, co nie było absolutnie konieczne, czekało. Najpierw do wieczora. Potem do jutra. A później przestałam nawet obiecywać sobie, kiedy się tym zajmę.

Nie miałam siły.

To nie był jeden z tych filmowych trudnych tygodni, po których bohaterka siada przy oknie z kieliszkiem wina, a w tle gra smutna, ale bardzo elegancka muzyka. Raczej taki zwyczajny, mało fotogeniczny tydzień. Taki, w którym człowiek chodzi trochę wolniej, myśli trochę dłużej, a każda kolejna rzecz do zrobienia wydaje się podejrzanie ciężka jak na coś, co zajmie przecież tylko pięć minut.

Nie miałam siły tworzyć.

Nie napisałam niczego na blog. Nie przygotowałam żadnej rolki. Nie opublikowałam nawet krótkiej informacji, że robię sobie przerwę i wrócę ze zdwojoną siłą. Bo nie robiłam sobie przerwy, po prostu nie dawałam rady. I nie wracam ze zdwojoną siłą. Wracam dokładnie z taką, jaką mam. Czyli wystarczającą, żeby usiąść i napisać ten tekst.

Jeszcze niedawno próbowałabym to ukryć. Nawet przed samą sobą. Prawdopodobnie przygotowałabym coś na szybko. Usiadłabym wieczorem, chociaż oczy same by mi się zamykały, przekonywałabym siebie, że przecież nagranie krótkiego voiceoveru zajmie tylko chwilę. Oczywiście nie zajęłoby chwili. Najpierw pomyliłabym się w trzecim zdaniu. Potem dziecko zaczęłoby płakać.  Następnie odkryłabym, że w tle słychać pralkę, moje westchnienie albo dźwięk, którego źródła nigdy nie udałoby mi się ustalić. Po czternastym nagraniu zaczęłabym nie znosić własnego głosu, rolki i prawdopodobnie całego internetu.

Ale coś by się pojawiło.

Mogłabym wtedy powiedzieć sobie, że jestem konsekwentna. Że mimo wszystko dałam radę. Że nie odpuściłam. Tylko czy naprawdę właśnie tego potrzebowałam? Kolejnego dowodu, że potrafię wycisnąć z siebie jeszcze odrobinę, nawet kiedy nic już we mnie nie zostało?

Odpoczywanie też potrafi męczyć. Nie robiłam kolejnych rzeczy, ale nie oznaczało to, że przestałam o nich myśleć, to byłoby zbyt proste. Z każdym dniem rosła lista tego, czym powinnam się zająć.

Powinnam napisać. Powinnam przygotować. Powinnam odpowiedzieć. Powinnam nadrobić. Powinnam wreszcie się zebrać, bo przecież im dłużej czegoś nie robię, tym trudniej będzie do tego wrócić. Moje ciało siedziało więc na kanapie, ale głowa biegała od jednego zaległego zadania do drugiego, próbując jednocześnie odpoczywać, planować i mieć wyrzuty sumienia. To bardzo wyczerpujący rodzaj odpoczynku. Z zewnątrz człowiek nic nie robi a w środku realizuje pełen etat.

Nie każda przerwa musi być strategiczna. W internecie czytam, że nawet odpoczynek powinien mieć cel. Robimy przerwę, żeby wrócić z nową energią. Odcinamy się od mediów społecznościowych, żeby odzyskać kreatywność. Zwalniamy, żeby później działać skuteczniej. Najlepiej jeszcze sfotografować kubek herbaty, koc i książkę, żeby odpoczynek nie przepadł całkowicie bez treści. Moja przerwa nie była tak dobrze zorganizowana.

Nie zaplanowałam jej w kalendarzu. Nie nazwałam resetem. Nie wykorzystałam na opracowanie strategii marki na kolejny kwartał. Nie wróciłam też odmieniona. Nadal jestem zmęczona. Nadal mam zaległości. Nadal kilka rzeczy czeka na mnie z cierpliwością, której sama już do nich nie mam. Ale mogę napisać kilka zdań. Na ten moment tyle wystarczy.

Przez lata uważałam, że zmęczenie trzeba pokonać. Zmęczenie traktowałam jak przeszkodę. Coś, co pojawia się w najmniej odpowiednim momencie i utrudnia realizację planu. Nie pytałam siebie, dlaczego nie mam siły. Pytałam, jak mimo wszystko zrobić to, co zaplanowałam.

Kawa?

Muzyka?

Krótka drzemka?

Motywacyjna przemowa wygłoszona samej sobie w łazience?

Zwykle znajdowałam sposób, żeby jeszcze trochę się zmobilizować i byłam z tego dumna. Nie zauważałam tylko, że za każdym razem uczyłam siebie tego samego: nieważne, jak się czujesz. Plan jest ważniejszy.

Tym razem nie chciałam szukać kolejnego sposobu, żeby siebie przechytrzyć. Nie potrzebowałam lepszej organizacji. Nowej aplikacji do planowania. Rozpiski publikacji ani cytatu o dyscyplinie. Potrzebowałam przez chwilę niczego od siebie nie wyciskać. Więc nie wyciskałam. I nie mam dla Ciebie morału.

Mogłabym zakończyć ten wpis czymś o odpoczynku. Napisać, że każda z nas powinna nauczyć się słuchać swojego ciała. Że przerwy są potrzebne. Że nie musimy być produktywne przez cały czas. To wszystko prawda. Ale kiedy człowiek jest naprawdę zmęczony, nawet dobre rady potrafią brzmieć jak kolejne zadania: odpoczywaj prawidłowo. Słuchaj siebie uważniej. Dbaj o swoje granice. Regeneruj się skuteczniej. Naprawdę nie chcę dokładać Ci kolejnego punktu do listy. Sobie zresztą też. 

Nie wiem, jak wyglądał Twój tydzień. Być może zrobiłaś wszystko, co zaplanowałaś. A może od kilku dni przekładasz jedną rzecz, bo na samą myśl o niej robi Ci się ciężko. Być może potrzebujesz motywacji. A być może potrzebujesz, żeby nikt przez chwilę nie próbował Cię motywować. Ja potrzebowałam tego drugiego.

Więc jestem i nie wracam z wielkim planem. Nie obiecuję, że od tej chwili znowu będę robić wszystko regularnie. Nie mam przygotowanych dziesięciu rolek, trzech wpisów i harmonogramu do końca miesiąca. Mam tylko ten tekst.

Powstał nie dlatego, że odzyskałam całą energię, ale dlatego, że chciałam wrócić bez udawania, że ostatniego tygodnia nie było.

Był.

Był ciężki.

Nie miałam siły.

A teraz jestem tutaj nie ze zdwojoną siłą.

Po prostu ze sobą.