Dwie Kasie przy jednym stoliku
(bo keto i węglowodany wcale nie muszą się nienawidzić)
To był jeden z tych dni. Taki, w którym życie mnie trochę przeżuło i wypluło. Dużo stresu. Dużo spraw. Za mało przerw. I w którymś momencie orientuję się, że jest późno, jestem głodna i nie ma opcji, żebym wróciła do domu i zaczęła gotować jak spokojna bogini keto. Więc robię to, co robię już całkiem bez spiny: wchodzę do restauracji.
Bo prawda jest taka, że na keto da się jeść na mieście.
Na tym etapie mam już swoje upatrzone knajpki. Zwykłe miejsca. Sieciówki. Bary obiadowe. Żadne keto bistra dla wtajemniczonych. I serio, prawie wszędzie da się zjeść w miarę keto-friendly. Zawsze będzie jakieś grillowane lub smażone mięso (byle bez panierki), jakaś sałatka, sos na bazie oliwy albo majonezu, „bez frytek, ryżu, ziemniaków, czy co tam dodajecie, dziękuję”.
Siadam więc przy stoliku zmęczona i głodna. Jeszcze zanim tu weszłam, wiedziałam co zamówię. I wtedy… widzę MENU SEZONOWE. A w nim coś, co jest totalnie węglowodanowe, absolutnie nie-keto i dokładnie tym, na co mam ochotę.I nagle przy stoliku siedzą dwie Kasie.
Keto Kasia mówi: Weź, co planowałaś. Będzie dobre. Będzie bezpieczne. Ketoza zostanie. Podziękujesz mi wieczorem.
Kasia Buntowniczka mówi: Kobieto… miałaś ciężki dzień. Ciężki tydzień. Zjedz to. Przez chwilę bądź szczęśliwa.
I zaczyna się wewnętrzna walka. Z jednej strony wiem, że jak to zjem, to mnie wywali z ketozy. Na pewno nie będzie to neutralne, a wracanie zajmie kilka dni. Z drugiej strony jestem zmęczona i naprawdę by mi smakowało. Bardzo nie mam dziś siły być idealna. Kilka minut siedzę i się gapię w menu.
I akurat tym razem wygrała Keto Kasia. Zamówiłam zaplanowany wcześniej obiad. Zjadłam. Było dobre. Ale wiesz co jest ważniejsze?
Bywały dni, kiedy wygrywała Kasia Buntowniczka.
I wtedy jadłam pizzę, makaron, pieczone ziemniaki albo coś, na co naprawdę miałam ochotę i… wracałam na keto. Tak, wywalało mnie z ketozy na kilka dni. Ale czy coś przegrałam? Nie. Czy zrobiłam coś złego? Też nie.
Kasia Buntowniczka nie jest moją gorszą wersją
Ona po prostu lubi pierogi na święta, mazurka z kajmakiem na Wielkanoc, letnie, sezonowe owoce i wielką dynię jesienią. I wiesz co? Świat się od tego nie wali.
Dopóki to nie jest cały czas, nie jest kompulsywne, nie jest ucieczką od wszystkiego, to naprawdę… nic strasznego się nie dzieje. A czasem wręcz trzeba.
Bo po bardzo trudnym dniu węglowodany bywają dla organizmu małym sygnałem bezpieczeństwa. Takim cichym: „Już dobrze. Nie walczymy. Możesz odpuścić.” I to nie jest słabość. To biologia.
Keto nie jest więzieniem. Jest narzędziem.
Można z niego wychodzić. Można do niego wracać. Bez dramatów, karania się i myślenia, że wszystko stracone. Bo dopiero wtedy keto naprawdę działa. Kiedy nie trzeba z nim walczyć. I zawsze przy jednym stoliku mogą spokojnie usiąść Keto Kasia i Kasia Buntowniczka. I żadna nie musi tej drugiej wyrzucać za drzwi.
