Czy muszę już wiedzieć, jak będę jeść za pięć lat?
(o tym, dlaczego decyzja podjęta dzisiaj nie musi być deklaracją na całe życie)
Kiedy powiedziałam, że próbuję keto, szybko pojawiło się pytanie: „A będziesz tak jeść już zawsze?”.
Nie wiedziałam. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam nawet, co będę robić w przyszły czwartek. W kalendarzu miałam wpisane „ważne”, ale bez informacji, co jest ważne. Może chciałam sobie tylko przypomnieć, że istnieje czwartek.
A jednak od sposobu jedzenia oczekiwano ode mnie planu na resztę życia. Jakbym właśnie podpisywała umowę z okresem wypowiedzenia i klauzulą o zakazie konkurencji dla ziemniaków.
Lubię wiedzieć, dlaczego coś robię. Sprawdzić, jak się czuję, co jest wygodne, co zaczyna mnie męczyć. Dziś mogę wybierać keto, bo w tej chwili mi odpowiada. „Na razie mi służy” to pełna odpowiedź. I zupełnie wystarczająca. Nie muszę przy tym przysięgać, że za dziesięć lat moje śniadanie będzie wyglądało identycznie.
To dziwne, jak często zwykłe „chcę spróbować” brzmi dla nas zbyt mało stanowczo. Jakby każda zmiana wymagała konferencji prasowej, wielkiej wizji i odpowiedzi na pytania z sali. Z jedzeniem widać to szczególnie dobrze, ale przecież robimy tak też z innymi rzeczami. Zaczynasz ćwiczyć i ktoś pyta, czy teraz będziesz biegać maratony. Bierzesz wolny weekend i zastanawiasz się, czy przypadkiem nie zrobiłaś się leniwa. Kupujesz roślinę, a w głowie pojawia się projekt domowej dżungli. Tymczasem roślina chciałaby chyba tylko przeżyć do piątku.
A co, jeśli kiedyś zmienię zdanie?
To wtedy zmienię zdanie.
Piszę to i widzę, jak łatwo brzmi na papierze. W praktyce sama nieraz traktowałam korektę planu jak przyznanie się do porażki. Skoro coś wybrałam, powinnam być konsekwentna. Nawet jeśli po drodze zmieniło się moje życie, potrzeby albo zwyczajnie dowiedziałam się o sobie czegoś nowego. Tylko, że konsekwencja nie polega na bronieniu dawnej decyzji przed wszystkimi, łącznie ze sobą. Mogę potraktować ją poważnie, wyciągnąć z niej to, co dobre, a potem zdecydować jeszcze raz.
Keto nie musi być ani moją wieczną tożsamością, ani czymś, co muszę któregoś dnia z hukiem rzucić. Jest sposobem jedzenia, z którym mogę sprawdzać, jak mi się żyje. Bez składania publicznych ślubów nad patelnią.
Dziś wystarczy mi odpowiedź na dużo mniejsze pytanie: czy to, co robię, ma dla mnie sens teraz?
Przyszły czwartek może poczekać. I tak nadal nie wiem, co miałam wtedy zrobić.
