Myślałam, że już się nie chowam

(a potem poszłam na basen)

Kilka dni temu napisałam tutaj, że przestałam się chować. Że tego lata nie zamierzam już gotować się w długich spodniach tylko dlatego, że komuś mogą nie spodobać się moje nogi. Napisałam to z ogromnym przekonaniem i niemałą dumą z samej siebie. Bo to nie były tylko słowa. Naprawdę tak czułam. I wiesz co?

To nadal jest prawda.

Tylko życie, jak to życie, lubi od czasu do czasu sprawdzić, czy na pewno.

Jakiś czas później postanowiłam pójść na basen. Spakowałam ręcznik, klapki, strój kąpielowy. I… razem z nimi spakowałam jeszcze całą torbę obaw. Ale nie tych, których się spodziewałam. Bo ku mojemu własnemu zdziwieniu wcale nie bałam się wyjść z szatni w stroju kąpielowym. Jeszcze rok temu to właśnie byłby największy problem. Teraz nie był żaden. Tym razem moja głowa znalazła sobie zupełnie nowe zajęcie:

  • A co jeśli będę pływać za wolno?
  • A co jeśli wszyscy będą mnie wyprzedzać?
  • A co jeśli wykupię godzinę, a po piętnastu minutach będę tak zmęczona, że trzeba będzie mnie wyławiać siatką?
  • A co jeśli nie będę wiedziała, gdzie mam iść?

Tak na wszelki wypadek przeżyłam cały ten dzień wcześniej. I to kilka razy.

Strach jest niesamowicie kreatywny. Kiedy zamkniesz mu jedne drzwi, on bardzo grzecznie zapuka do następnych. „No dobrze” – mówi. „Wyglądem już cię nie przestraszę. To może spróbujemy czymś innym?” I prawie dałam się na to nabrać. Prawie. Bo tym razem zrobiłam coś, czego kiedyś nie umiałam. Zabrałam ten strach ze sobą. Nie czekałam, aż minie i po prostu poszłam.

Na miejscu przez chwilę rzeczywiście nie wiedziałam, gdzie mam iść. Podeszłam nawet do niewłaściwej osoby. Ale przeżyłam. Pływałam. Byłam zmęczona. Momentami nawet bardzo, ale wytrzymałam cały trening. I przede wszystkim odkryłam coś bardzo ważnego. Nikogo nie interesowało, że jestem nowa. Nikogo nie interesowało, czy płynę szybciej czy wolniej, każdy był zajęty własnym pływaniem. Dokładnie tak samo, jak w życiu. Większość ludzi naprawdę ma wystarczająco dużo własnych spraw.

Wracałam do domu z uśmiechem. Nie dlatego, że nagle stałam się odważna tylko dlatego, że pierwszy raz od dawna nie powiedziałam swojemu życiu: „Poczekaj jeszcze chwilę. Jeszcze nie teraz. Pójdę, kiedy będę się czuła lepszą wersją siebie niż teraz.”

Poszłam taka, jaka byłam.

Trochę zestresowana.

Trochę niepewna.

I całkowicie wystarczająca.