Nie lubię pić wody!
(a wszyscy trąbią o tym nawodnieniu)
Zacznijmy od wyznania.
Nie lubię pić wody.
Tak po prostu. Nie sprawia mi to przyjemności. Nie czuję się jak leśna nimfa, kiedy sączę mineralną z cytryną. Nie używam designerskiej butelki z podziałką YOU CAN DO IT.
Za to mam super inteligentną wagę. Taką, która mierzy wszystko: tkankę tłuszczową, mięśnie, wiek metaboliczny. I oczywiście nawodnienie.
I według niej jestem wiecznie odwodniona. Nieważne ile zjem czy wypiję. Waga mówi: 42%. Pij więcej!
Przez chwilę naprawdę myślałam, że coś jest ze mną nie tak.
Bo przecież wszyscy trąbią, że minimum 2 litry dziennie, a najlepiej to ze 3. Na keto to już w ogóle ocean, bo elektrolity, minerały, szczypta soli, keto rytuał picia o świcie…
A ja? Ja potrafię wypić kawę z mlekiem, dwie/trzy herbaty i zupę. I zapomnieć o czystej wodzie. I żyję. Ba, funkcjonuję całkiem dobrze.
Ta super inteligentna waga to nie laboratorium NASA. Wszystkie mądre, domowe wagi mierzą nawodnienie przez tzw. bioimpedancję, czyli przepuszczają przez ciało delikatny impuls i na tej podstawie szacują ilość wody.
Szacują!
To nie jest badanie kliniczne ani analiza laboratoryjna. To ALGORYTM oparty na średnich. A jeśli masz więcej mięśni niż średnia przewiduje, inną ilość tkanki tłuszczowej albo… jesteś w ketozie (a keto zmienia gospodarkę wodną) to wyniki potrafią wyglądać dramatycznie.
Mój organizm na keto naturalnie trzyma mniej wody niż na wysokich węglowodanach. To dlatego, że glikogen wiąże wodę. Stąd się zresztą biorą gwałtowne spadki masy ciała na początku keto. To organizm zużywa zapasy glikogenu i wydala niepotrzebną już wodę. Mniej glikogenu = mniej zatrzymanej wody. To nie jest odwodnienie, to fizjologia. Ale spróbuj wytłumaczyć to wadze.
A teraz najważniejsze: jak ja się realnie nawadniam?
Nie biegam z litrową butelką. Nie ustawiam alarmu typu pij wodę. Moje nawodnienie wygląda bardziej… domowo.
Bulion to mój fundament. Ciepły, słony, konkretny. Co niedzielę gotuję sobie wielki gar, porcjuję na kubki, część wrzucam do lodówki, część zamrażam i przynajmniej jeden wielki kubek wypijam codziennie. Na keto to złoto (płyn, elektrolity, aminokwasy, wsparcie jelit). I to naprawdę się liczy jako nawodnienie.
Tak ogólnie to lubię zupy. Więc poza bulionem bardzo często wpada jakaś druga zupa: krem z cukinii, kalafiorowa, ogórkowa bez ziemniaków. To nie jest mało wody. To jest woda w formie, którą lubię.
Piję też sporo herbaty. Zwykłej, czarnej. Nie owocowej. Nie kolorowej. Nie „leśnej mgły z nutą hibiskusa”.
Piję kawę z mlekiem. I nie udaję, że nie. To moja poranna rutyna. Jedna kawa dziennie być musi. Bez tego źle zaczyna mi się dzień. I faktycznie, kofeina ma lekko moczopędne działanie, ale w praktyce płyn z kawy nadal się liczy. Organizm nie mówi: O, przepraszam, to espresso, tego nie wliczamy.
Za ziołami w większości nie przepadam. Ale czasami mam ochotę na jakąś wieczorną melisę albo na mięte, kiedy potrzebuję świeżości. A gazowane lub napoje typu zero? Na co dzień też nie przepadam i nie piję. Nie polecam też opierać całego nawodnienia na takich napojach, nawet jeśli nie mają cukru. Z różnych powodów. Ale raz na jakiś czas wpada ochota na tzw. colę zero. Tak. Tę ze słodzikiem. I ten słodzik mnie nie zabije. Nie rozsypie mitochondriów. Nie cofnie mnie do epoki cukru w kostkach. To fanaberia, nie fundament diety.
I tyle.
Bo… warzywa też mają wodę. Jem dużo niskowęglowodanowych warzyw bogatych w wodę. Ogórki, cukinia, sałata, seler naciowy, pomidor itd. One też nawadniają. Tak samo jak jogurt grecki, twarożek i rożne inne rzeczy, które jesz na co dzień. Wszystko to zawiera wodę. Nie tylko butelka z napisem „mineralna”.
Mój największy problem z tzw. nawodnieniem?
To, że zrobiliśmy z niego performance. Masz pić określoną ilość, najlepiej normę wyrobić przed południem, najlepiej z cytryną, limonką, miętą albo innym wysoko estetycznym dodatkiem, najlepiej w designerskiej szklance, którą można się pochwalić.
A ja naprawdę wierzę, że ciało umie powiedzieć: Chce mi się pić! I robi to przez bardzo ciemny mocz, ból lub zawroty głowy, suche, spierzchnięte usta itd. I to jest wystarczające.
Nie lubię pić wody i przestałam robić z tego problem.
Lubię bulion. Lubię czarną herbatę. Lubię zupy. Lubię ogórki. Lubię jogurt. I czasem lubię colę zero.
I mimo, że moja waga dramatyzuje, ja czuję się dobrze.
A to jednak trochę ważniejsze niż procent na wyświetlaczu.
