Nie musisz zaczynać od poniedziałku

(środa też się nada)

Przez wiele lat poniedziałek był dla mnie dniem o niemal magicznych właściwościach. W poniedziałek miałam jeść zdrowo, regularnie pić wodę, zacząć ćwiczyć, chodzić wcześniej spać i, tak tylko przy okazji, stać się zupełnie nową wersją siebie. Taką, która nigdy nie podjada, zawsze ma w lodówce świeże warzywa i z jakiegoś niezrozumiałego powodu lubi wstawać o szóstej rano. Nie wiem, dlaczego akurat poniedziałek dostał ode mnie aż tyle odpowiedzialności. Być może dlatego, że wyglądał jak początek. Czysta kartka. Równa kreska, od której można zacząć nowe, lepsze życie.

Środa nie miała już takiej mocy. Środa była podejrzana. W środę wszystko było już trochę rozpoczęte, trochę niedokończone i zdecydowanie zbyt mało uroczyste, żeby podejmować wielkie decyzje.

Każdy nowy początek wymagał oczywiście odpowiedniego przygotowania. Najpierw plan,  potem zakupy. Lista dozwolonych produktów. Lista produktów zakazanych. Rozpiska posiłków. Czasami nawet nowy notes, bo przecież stary notes wyraźnie nie miał odpowiedniej energii do zmieniania życia. A później przychodziła niedziela wieczorem. Skoro od jutra miałam już być idealna, należało pożegnać wszystko, czego od poniedziałku nie wolno mi będzie jeść. Najlepiej za jednym razem, żeby nic się nie zmarnowało.To nie było zwykłe jedzenie. To była niemal uroczysta kolacja pożegnalna. Ostatnia kolacja przed nowym życiem. Ostatnia pizza. Ostatnie ciastko. Ostatnia kromka chleba. Ostatnia okazja, żeby zjeść bez kontroli, zanim zacznie się czas zasad, liczenia i pilnowania siebie.

W ten sposób plan dbania o siebie zaczynałam od zjedzenia więcej, niż naprawdę chciałam.

Logiczne, prawda?

Poniedziałek był łatwy. W poniedziałek zwykle szło mi świetnie. Miałam motywację, przygotowane posiłki i poczucie, że tym razem wszystko będzie inaczej. Każda dobra decyzja była dowodem, że wreszcie się ogarnęłam. Że potrafię być konsekwentna. Że wystarczyło tylko naprawdę się postarać. Czasem dobrze szło mi także we wtorek. Problem zaczynał się później.

Wystarczył trudniejszy dzień, niewyspanie, niezaplanowany posiłek albo ciastko przyniesione przez kogoś do pracy. Jeden kęs czegoś, czego przecież miało nie być. I wtedy w mojej głowie powinna pojawić się myśl: „Dobrze, zjadłam ciastko. Było smaczne. Wracam do swoich zajęć”. Ale nie! To byłoby zdecydowanie zbyt proste. Zamiast tego natychmiast uruchamiał się wewnętrzny dział kontroli jakości: „No świetnie. Znowu wszystko zepsułaś”.

A skoro wszystko było już zepsute, dalsze starania nie miały sensu. Jedno ciastko zamieniało się więc w kilka kolejnych, przypadkową kolację i obietnicę, że od następnego poniedziałku naprawdę zacznę porządnie.

Nie dlatego, że brakowało mi wiedzy.

Nie dlatego, że byłam leniwa albo pozbawiona silnej woli.

Po prostu potrafiłam funkcjonować tylko w dwóch trybach: robię wszystko idealnie albo nie robię nic.

A przecież jeden wybór nie jest całym dniem…

Długo nie rozumiałam, że problemem nie było ciastko. Problemem było znaczenie, jakie mu nadawałam. Ciastko nie mówiło przecież, że jestem beznadziejna. Kromka chleba nie przekreślała wcześniejszych decyzji. Kolacja zjedzona później niż planowałam nie miała mocy unieważnienia całego dnia. To ja zamieniałam pojedynczy wybór w ocenę siebie.

Każde odstępstwo od planu traktowałam jak dowód porażki. Nie umiałam zrobić czegoś wystarczająco dobrze. Jeśli nie mogłam zrobić tego idealnie, przestawałam widzieć sens w robieniu tego w ogóle. Tymczasem jeden posiłek jest tylko jednym posiłkiem. Nie staje się całym dniem, dopóki sama nie przydzielę mu tej roli. Jeden dzień nie staje się całym tygodniem. A tydzień, w którym nie wszystko poszło zgodnie z planem, nie oznacza, że wróciłam do punktu wyjścia. Życie nie jest grą, w której po dotknięciu niewłaściwego pola trzeba wrócić na start. Chociaż przyznaję, przez długi czas właśnie tak je traktowałam.

Zmiana może zacząć się w środę, czwartek, a nawet w sobotę. Prawdziwa zmiana nie zawsze wygląda jak wielki początek. Nie musi pachnieć nowym notesem i pojemnikami z przygotowanymi posiłkami. Nie potrzebuje poranka, pierwszego dnia miesiąca ani poniedziałku. Czasem zaczyna się w piątek o 16:37. Po trudnym dniu. Po nieplanowanym ciastku. W momencie, w którym pojawia się znajoma myśl: „Skoro już i tak zawaliłam, to wszystko jedno”.

I właśnie wtedy można zrobić coś inaczej.

Nie karać się.

Nie rezygnować z kolacji.

Nie próbować naprawić jedzenia ćwiczeniami.

Nie urządzać pożegnalnej uczty przed kolejnym podejściem.

Można po prostu uznać, że wydarzyło się coś zwyczajnego. Zjadłam coś. Może z głodu, może dla przyjemności, może ze zmęczenia, a może dlatego, że było pod ręką. I mogę iść dalej. Bez czekania na nowy tydzień.

Największą ulgę przyniosło mi zrozumienie, że nie muszę już ciągle zaczynać od początku, bo tak naprawdę nigdy do niego nie wracam. Każda z tych prób czegoś mnie nauczyła. Każdy trudniejszy dzień coś mi pokazał. Czasami zauważałam, że jem za mało i wieczorem dopada mnie wilczy głód. Innym razem odkrywałam, że najbardziej potrzebuję nie kolejnej zasady, ale snu, odpoczynku albo chwili ciszy. Nawet jeśli przez kilka dni nie dbałam o siebie tak, jak chciałam, nie traciłam całej zdobytej wiedzy. Nie stawałam się ponownie kobietą, która niczego o sobie nie wie. Nie musiałam zaczynać od zera. Mogłam zacząć z miejsca, w którym akurat byłam.

Nie wierzę już w idealne początki – zbyt często prowadziły mnie do kiepskich zakończeń. Wierzę za to w małe powroty: w szklankę wody wypitą po kilku godzinach zapominania o piciu, w normalny obiad po przypadkowym podjadaniu, w spacer, który trwa piętnaście minut i nie udaje treningu życia, w położenie się wcześniej spać, nawet jeśli poranek nie zaczął się zgodnie z planem.

Każdy kolejny wybór jest osobną szansą, żeby zrobić dla siebie coś dobrego.

Nie trzeba najpierw naprawiać „wczoraj”. Nie trzeba odpokutować obiadu ani zasłużyć na możliwość ponownego zadbania o siebie. I nie trzeba czekać na poniedziałek. Można zacząć po obiedzie. Wieczorem. W połowie tygodnia. Po potknięciu. Bez fanfar, postanowień i uroczystego wyrzucania z szafki wszystkiego, co zawiera cukier. Można zacząć od następnego wyboru.

A potem od kolejnego.

Nie idealnie. Nie zawsze tak samo. Ale wystarczająco dobrze, żeby nie spędzić kolejnych lat na czekaniu na właściwy moment.

Bo być może najlepszy moment wcale nie nadejdzie w poniedziałek.

Być może on właśnie trwa.