Wstyd był cięższy niż ja sama

(i zabierałam go ze sobą wszędzie)

Zazwyczaj, kiedy ktoś wyciągał telefon, ja natychmiast przestawałam zachowywać się jak człowiek. Wciągałam brzuch, prostowałam plecy, wysuwałam brodę w sposób, który miał podobno optycznie wydłużyć szyję, choć w praktyce najczęściej sprawiał, że wyglądałam, jakbym właśnie zauważyła coś bardzo niepokojącego na suficie. Jeżeli w pobliżu znajdowała się torebka, dziecko, poduszka albo wyjątkowo szeroki bukiet kwiatów, ustawiałam go przed sobą. Naturalnie całkowicie przypadkiem. Najchętniej stanęłabym z tyłu a jeszcze chętniej w innym pomieszczeniu. I nie chodziło tylko o to, że nie lubiłam swoich zdjęć.

Bałam się tego krótkiego momentu po ich zrobieniu. Chwili, w której ktoś odwracał ekran, żeby pokazać efekt, a ja już wiedziałam, że zobaczę na nim coś, czego nie chciałam oglądać: siebie.

Myślałam, że boli mnie nadwaga i byłam przekonana, że to właśnie kilogramy są źródłem wszystkiego. To przez nie nie lubiłam zdjęć. To przez nie stresowały mnie przymierzalnie. To przez nie przed spotkaniem z ludźmi sprawdzałam w lustrze nie tylko, czy dobrze wyglądam, ale przede wszystkim, czy nie wyglądam za grubo.

W mojej głowie rozwiązanie było oczywiste: muszę schudnąć. Kiedy schudnę, przestanę się chować. Będę swobodnie wybierać ubrania. Pozwolę robić sobie zdjęcia. Wejdę do pomieszczenia bez zastanawiania się, kto w nim jest i czy przypadkiem nie widział mnie ostatnio w mniejszym rozmiarze. Wtedy będę mogła normalnie żyć.

Tylko że nadwaga nie bolała mnie najbardziej tak naprawdę. Najbardziej bolał mnie wstyd.

To właśnie wstyd chodził ze mną na zakupy. Te ubraniowe rzadko polegały na szukaniu rzeczy, które naprawdę mi się podobały. Najpierw sprawdzałam, co zakryją. Czy rękawy schowają ramiona? Czy materiał nie opina brzucha? Czy bluzka jest wystarczająco długa? Czy sukienka przypadkiem nie podkreśla czegoś, co moim zdaniem należało raczej dyskretnie usunąć z pola widzenia. Dopiero później mogłam zastanowić się nad takimi drobiazgami jak kolor, fason albo to, czy w ogóle czuję się w tym sobą. Jeżeli ubranie nie pasowało, rzadko uznawałam, że może mieć dziwny krój, sztywny materiał albo producent stworzył rozmiarówkę podczas wyjątkowo fantazyjnego wieczoru.

Winna byłam ja.

Stałam pod światłem zaprojektowanym prawdopodobnie przez człowieka, który szczerze nienawidzi kobiet i oglądałam swoje ciało z każdej strony. Nie pytałam: „Czy podoba mi się ta sukienka?”. Pytałam: „Czy wyglądam w niej grubo?”. To nie jest to samo pytanie.

Jedno pomaga wybrać ubranie. Drugie sprawia, że bez względu na odpowiedź wychodzi się z przymierzalni trochę mniejszą.

Najtrudniejsze sytuacje często nie miały nic wspólnego z tym, co ktokolwiek naprawdę powiedział. Wystarczało to, co moim zdaniem mógł pomyśleć. Kiedy spotykałam kogoś po dłuższym czasie, zastanawiałam się, czy zauważył, że przytyłam. Jeżeli patrzył na mnie odrobinę dłużej, wiedziałam dlaczego. Jeżeli nie powiedział nic o moim wyglądzie, podejrzewałam, że milczy z uprzejmości. Każde zachowanie potrafiłam przetłumaczyć na język własnego wstydu. Komplement Pewnie pocieszenie. Brak komentarza? Na pewno zauważył. Spojrzenie w moją stronę? Wiadomo…

Miałam w głowie własne biuro tłumaczeń, czynne przez całą dobę i specjalizujące się wyłącznie w przekładaniu neutralnych sytuacji na dowody przeciwko mnie. Nie potrzebowałam, żeby ktoś mnie oceniał. Świetnie radziłam sobie sama.

Nie tylko na zdjęciach ustawiałam się z tyłu,  robiłam to także w życiu. Unikałam sytuacji, w których ciało mogłoby zostać zauważone. Siadałam tak, żeby wyglądać „korzystniej”. Poprawiałam bluzkę, zanim wstałam od stołu. Rezygnowałam z ubrań, które mi się podobały, bo uznawałam, że nie są dla kobiet o mojej figurze. Śmiałam się z siebie pierwsza, zanim ktoś inny zdążyłby to zrobić. Czasami umniejszałam sobie tak szybko i sprawnie, że nikt wokół nie musiał już kiwnąć palcem. Wstyd podpowiadał mi, że powinnam być mniej widoczna. Mniej pewna siebie. Mniej kobieca. Mniej obecna.

Skoro nie udało mi się jeszcze zmniejszyć ciała, próbowałam przynajmniej zmniejszyć siebie.

Najbardziej podstępne było to, że ten wstyd wcale nie znikał, kiedy chudłam. Tylko przez chwilę było lepiej. Cieszyłam się z mniejszego rozmiaru, nowych ubrań i komentarzy innych ludzi. Ale zaraz pojawiał się kolejny warunek:

Jeszcze kilka kilogramów.

Jeszcze trochę mniejszy brzuch.

Jeszcze ramiona.

Jeszcze uda.

Jeszcze tylko poprawić to jedno miejsce i wtedy na pewno poczuję się swobodnie.

Tyle że „wtedy” nigdy nie nadchodziło. Zmieniało się ciało, a ja nadal szukałam sposobu, żeby ustawić się do zdjęcia bokiem. Nadal oglądałam fotografie w powiększeniu, jakbym analizowała materiał dowodowy. Nadal sprawdzałam, czy na pewno mogę założyć coś, co przyciąga uwagę. Mój wstyd nie potrzebował konkretnej liczby na wadze. Potrzebował tylko powodu. A jeśli jeden powód znikał, bardzo szybko znajdował następny.

Nie urodziłam się z przekonaniem, że moje ciało jest czymś, co trzeba ukrywać. Nauczyłam się tego.

Z komentarzy wypowiedzianych żartem. Z porad udzielanych „dla mojego dobra”. Z zachwytów, które pojawiały się, kiedy chudłam, i z ciszy, kiedy kilogramy wracały. Z nagłówków obiecujących ciało gotowe na lato, jakby moje obecne ciało nie otrzymało jeszcze pozwolenia na przekroczenie granicy czerwca. Z rozmów kobiet, które przy deserze opowiadały, jak bardzo będą musiały później za niego odpokutować. Z setek małych komunikatów mówiących, że kobiece ciało jest stale wystawione do oceny. Nawet jeśli nikt nie wystawił mu ostatecznie żadnej noty. Po pewnym czasie nie potrzebowałam już tych komunikatów z zewnątrz. Nauczyłam się mówić je sobie sama.

I teraz chciałabym napisać, że wszystko minęło. Że widzę aparat i natychmiast biegnę na środek kadru. Że każde zdjęcie przyjmuję z zachwytem, a przymierzalnie stały się moim miejscem duchowej odnowy.

Wcale nie 🙁

Nadal zdarza mi się spojrzeć na fotografię i pomyśleć: „Naprawdę tak wyglądam?”. Nadal mam ubrania, w których czuję się pewniej, i takie, przy których nagle przypominam sobie wszystkie swoje dawne kompleksy. Różnica polega na tym, że coraz rzadziej traktuję ten moment jak prawdę o sobie.

Zdjęcie może mi się nie podobać a sukienka może źle leżeć. Mogę mieć dzień, w którym nie czuję się dobrze we własnym ciele. Ale nie muszę już wyciągać z tego wniosku, że powinnam się schować.

Najgorsze wcale nie było tycie ani kilogramy. Najgorsze było życie w ciągłym przekonaniu, że inni widzą przede wszystkim moje ciało. Że zanim zauważą mnie, zobaczą rozmiar. Że muszę najpierw schudnąć, żeby zasłużyć na swobodę, zdjęcia, ładne ubrania i zajmowanie miejsca bez przepraszania. Nadwaga była widoczna, ale wstyd już nie. A jednak to właśnie on decydował, gdzie stanę, co założę, czy wejdę na zdjęcie i ile samej siebie pokażę światu. Moje ciało nie odbierało mi tych wszystkich chwil. Robił to wstyd.

Nie zniknął jednego dnia. Nie dało się go zgubić razem z kilogramami ani zostawić w przymierzalni z ubraniami, które nie pasowały. Zaczęłam go tracić dopiero wtedy, kiedy przestałam wierzyć we wszystko, co mówił.

Nie muszę wyglądać dobrze na każdym zdjęciu.

Nie każde ubranie musi dobrze na mnie leżeć.

Nie każdy człowiek musi uważać mnie za atrakcyjną.

I nie muszę być mniejsza, żeby przestać się chować.

Bo najwięcej miejsca nigdy nie zajmowało moje ciało.

Zajmował je wstyd.