MATKA POLKA KETOLKA

Krótki cykl o macierzyństwie

Historia szósta

(O tym, jak próbowałam odzyskać siebie… i odkryłam, że wcale nigdzie nie zniknęłam)

Kiedy zaczynałam tę serię, myślałam, że to będzie po prostu kilka historii o macierzyństwie:

  • O zmęczeniu.
  • O zimnej kawie.
  • O tym, że człowiek może funkcjonować śpiąc w kawałkach po dwie godziny.

Ale kiedy zaczęłam to wszystko układać w słowa, dotarło do mnie coś jeszcze. Ta historia wcale nie jest tylko o dziecku.

Jest o kobietach.

O nas.

Bo macierzyństwo to trochę rewolucja

Zanim zostałam mamą, wydawało mi się, że macierzyństwo to po prostu nowy rozdział życia. Że wszystko we mnie zostaje mniej więcej takie samo, tylko dodatkowo pojawia się dziecko, którym trzeba się opiekować. To bardzo optymistyczna teoria. Rzeczywistość wygląda trochę inaczej.

Macierzyństwo to raczej mała rewolucja osobowościowa.

Nagle zmienia się wszystko:

twój sen,
twój dzień,
twoje ciało,
twoje relacje,
twoje priorytety.

I przez jakiś czas masz wrażenie, że ktoś wziął Twoje stare życie, potrząsnął nim bardzo energicznie… i wysypał wszystkie puzzle w zupełnie innym układzie. A ty stoisz pośrodku tego wszystkiego i próbujesz zrozumieć nową instrukcję obsługi.

I w pewnym momencie, po kilku tygodniach, zaczyna pojawiać się bardzo ciche pytanie. Nie zawsze je wypowiadamy, ale ono gdzieś tam jest. „Kim ja teraz właściwie jestem?”. Bo przez te pierwsze tygodnie wszystko jest o dziecku. I to jest piękne. Ale po jakimś czasie zaczynasz się rozglądać i myślisz: „Dobrze… a gdzie w tym wszystkim jest ta kobieta, która była tu wcześniej?”

Powrót do siebie

Dla mnie powrót do keto był właśnie częścią tej drogi. Nie dlatego, że chciałam być idealna. Nie dlatego, że chciałam jak najszybciej wrócić do „formy sprzed ciąży”. Bardziej dlatego, że keto było czymś znajomym. Czymś, co kiedyś pomogło mi poukładać ciało, hormony i energię. Trochę jak stary przyjaciel, do którego wracasz po czasie i nagle przypominasz sobie, że dobrze ci robi jego towarzystwo.

I w tym chaosie macierzyństwa to było coś bardzo cennego. Taka mała rzecz, która należała tylko do mnie.

Prawda o Matce Polce Ketolce

Jeśli jest jedna rzecz, którą chciałabym powiedzieć każdej kobiecie czytającej tę serię, to chyba ta:

nie musisz wszystkiego ogarniać perfekcyjnie.

Naprawdę!

Macierzyństwo nie jest egzaminem. Nie ma jednej poprawnej odpowiedzi. Nie ma też idealnej matki, która zawsze wie, co robi. Są tylko kobiety, które próbują. Czasem zmęczone. Czasem niepewne. Czasem z włosami w nieokreślonym kształcie. Ale próbują i dają z siebie wszystko.

I wiesz co jest w tym wszystkim najpiękniejsze?

Dzieci nie potrzebują perfekcyjnych matek. Potrzebują tych prawdziwych.

Takich, które je przytulą.
Nakarmią.
Czasem popełnią błąd.
Czasem będą się śmiać.

I będą obok.

A kobieta? Kobieta w tym wszystkim też powoli wraca. Nie zawsze od razu. Czasem po kilku miesiącach. Czasem po roku. Ale wraca.

Trochę zmieniona. Trochę silniejsza. Trochę bardziej świadoma.

I nagle okazuje się, że ta kobieta, której szukałaś w połogu… wcale nie zniknęła.

Ona po prostu narodziła się razem z twoim dzieckiem.


Dziś, kiedy myślę o tej całej drodze, widzę ją trochę inaczej niż na początku. To nie była historia o tym, jak odzyskać dawną wersję siebie.

To była raczej historia o tym, jak poznać nową.

Trochę bardziej zmęczoną.
Trochę bardziej cierpliwą.
Zdecydowanie bardziej odporną na brak snu.

Ale też dużo silniejszą.

Bo jeśli macierzyństwo czegoś uczy, to chyba właśnie tego: że kobieta potrafi dużo więcej, niż sama o sobie myślała.

I taka właśnie jest historia Matki Polki Ketolki. Na tę chwilę to ostatnia opowieść, ale kto wie co przyniesie przyszłość 😉